Dzień był spokojny. Lilia jak zwykle przechadzała się po dworcu. Chciała odpocząć trochę od Kiura. Cały czas kazał jej uważać. To było lekko denerwujące, przecież wiedziała, co ma robić! W pewnym momencie usiadła pod sporym drzewkiem, na kupie liści. Położyła się i ułożyła pysk na łapach. Było spokojnie i miło. Nagle jej ciało przeszył ból. Poród się zaczął.
Czas się dłużył, jakby chciał sprawić suczce jak najwięcej bólu podczas czegoś tak cudownego, jak poród i narodziny jej szczeniąt.
Pięć. Urodziło się pięć małych kuleczek. Wszystkie były takie... małe. Bezbronne. Jedna biała z szarą plamką, trzy o kolorze sierści podobnym do Lilii i jedna łaciata, szare i białe łaty. Każda z nich była inna, mimo, że były podobne. Suczka polizała każde z nich po głowie i zaczęła myśleć. Jak tu przeprowadzić takie małe, bezbronne kulki w bezpieczne miejsce?
W końcu wstała i złapała dwa szczeniaki. Przeniosła je parę metrów dalej i wróciła po resztę. Takim sposobem zajęło jej to trochę czasu, ale w końcu dotarła na miejsce. Ułożyła szczenięta na jakiejś wielkiej poduszce i położyła się obok nich. Nareszcie po wszystkim.
/W skrócie, małe kulki się urodziły\
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz